Pomiary są niełatwe nawet w przypadku znacznie bliższej Wenus; podstawowym warunkiem ich powodzenia jest dokładna znajomość współrzędnych geograficznych miejsca obserwacji oraz precyzyjne wyznaczenie momentów czterech „kontaktów” planety ze Słońcem. (Pierwszy i drugi kontakt następują na początku zjawiska, kiedy dysk Wenus dotyka brzegu tarczy słonecznej najpierw od zewnątrz, a potem „od środka”; do trzeciego i czwartego kontaktu dochodzi pod koniec tranzytu). Potencjalne korzyści płynące z takich obserwacji były jednak ogromne. Dzięki trzeciemu prawu Keplera astronomowie znali już względne odległości planet od Słońca; na podstawie paralaksy Wenus mogli więc wyznaczyć paralaksę Słońca, której znajomość umożliwiała z kolei obliczenie odległości ZiemiaSłońce i rozmiarów całego Układu Słonecznego. Niestety, wyniki obserwacji tranzytu z 1761 roku nie były wystarczająco dokładne: zmierzone wartości paralaksy słonecznej wahały się od 8.3 do 10.6 sekundy łuku. Pomiary z 1769 roku miały już znacznie mniejszy rozrzut: od 8.43 do 8.8 sekundy łuku, co oznaczało, że długość jednostki astronomicznej jest nie mniejsza niż 149 i nie większa niż 156 min km
Wśród obserwatorów tego tranzytu znalazł się wybitny naukowiec z angielskich kolonii w Ameryce, David Rittenhouse, na którym niecodzienny widok Wenus na tle Słońca wywarł wrażenie tak silne, że zasłabł przy swoim teleskopie. Jednym z celów pierwszej wyprawy brytyjskiego odkrywcy kapitana Jamesa Cooka na statku Endeavour było przeprowadzenie obserwacji tranzytu z obszaru południowego Pacyfiku. Cook dokonał udanych pomiarów na Tahiti, w miejscu, które do dziś nosi nazwę Punktu Wenus. Stanął jednak, podobnie jak inni obserwatorzy, przed poważnym problemem: podczas kontaktów Wenus ze Słońcem brzegi tarcz obu ciał niebieskich wydawały się zlewać przez wiele sekund [ilustracja z prawej na sąsiedniej stronie]. Cook podejrzewał, że to zjawisko, które później nazwano efektem czarnej kropli, jest wywoływane przez „atmosferę lub mroczny obłok otaczający planetę”.
Ta seria maksimów jest mocnym potwierdzeniem teorii mówiącej, że inflacja wzbudziła wszystkie fale akustyczne w tej samej chwili. Gdyby zaburzenia były generowane stopniowo w dłuższym przedziale czasu, widmo mocy nie byłoby tak harmonicznie uporządkowane. Powracając do naszego porównania wyobraźmy sobie, jaka powstałaby kakofonia dźwięków, gdybyśmy zaczęli dmuchać w tubę, która na całej długości miałaby losowo wywiercone otworki. Teoria inflacji przewiduje też, że we wszystkich skalach fale akustyczne powinny mieć niemal tę samą amplitudę. Widmo mocy wykazuje jednak szybki spadek amplitudy fluktuacji temperatury poza trzecim maksimum. Można to wytłumaczyć tłumieniem krótkich fal dźwiękowych. Dźwięk jest przenoszony przez zderzenia cząstek gazu lub plazmy, w ośrodku nie mogą więc rozchodzić się fale o długościach mniejszych niż typowa odległość pokonywana przez cząstki pomiędzy kolejnymi zderzeniami. W powietrzu odległość ta jest zaniedbywalnie mała 10~5 cm. Jednak w pierwotnej plazmie pomiędzy kolejnymi zderzeniami cząstki pokonywały średnio odległości rzędu 10 tys. lat świetlnych.