Ich zdjęcia, wykonane przez Kosmiczny Teleskop Hubble’a, hipnotyzują pięknem. Mylącą nazwę „mgławice planetarne” wprowadził 200 lat temu angielski astronom William Herschel. Był on odkrywcą licznych mgławic rozmytych, przypominających obłoczki obiektów, które można dostrzec tylko przez teleskop. Ponieważ wiele z nich ma kształt z grubsza okrągły, przypominały Herschelowi odkrytą również przez niego zielonkawą planetę Uran. Sądził, że obiekty te są układami planetarnymi, które na naszych oczach formują się wokół młodych gwiazd. Nazwa jest używana do dziś, mimo że w rzeczywistości mgławice planetarne powstają z materii traconej przez umierające gwiazdy i patrząc na nie, widzimy nie naszą przeszłość, lecz przyszłość. Taki właśnie los czeka Słońce: jego kosmiczny żywot zakończy się malowniczą orgią mgławicy planetarnej.
Mgławice planetarne to nie tylko czyste piękno. Jak wszystkie prawdziwe dzieła sztuki zmuszają nas do kwestionowania naszych wyobrażeń o świecie. W szczególności rzucają wyzwanie teorii ewolucji gwiazd działowi astrofizyki, który bada przemiany zachodzące w gwiazdach z upływem czasu. W powszechnej opinii teoria ta jest dobrze rozwiniętą i dojrzałą gałęzią wiedzysolidną podstawą, na której opieramy znaczną część naszej wiedzy o kosmosie. Jednak gdy chcemy objaśnić genezę bardziej skomplikowanych kształtów widocznych na zdjęciach wykonanych przez teleskop Hubble’a, zaczynają się kłopoty. Jeśli gwiazdy rodzą się, żyją i umierają jako kule, to w jaki sposób wytwarzane przez nie mgławice mogą przybierać kształty mrówek, rozgwiazd czy kocich oczu? W UBIEGŁYM STULECIU astronomowie stwierdzili, że umierające gwiazdy można podzielić na dwie rozłączne grupy. Członkinie galaktycznej elity gwiazdy, których początkowe masy przekraczają osiem mas Słońca wybuchają gwałtownie jako supernowe. Gwiazdy mniej masywne takie jak Słońce umierają powoli.
U schyłku życia dopalają resztki jądrowego paliwa w powtarzających się spazmach, „krztusząc się" niczym silnik samochodu, któremu kończy się benzyna. W ciągu prawie całego swego życia gwiazda świeci dzięki toczącym się w jej głębokim wnętrzu (tzw. rdzeniu) reakcjom syntezy jądrowej, nazywanej przez astronomów spalaniem. Jako pierwszy spala się wodór, z którego w cyklu jądrowych przemian powstaje hel. Po wypaleniu rdzenia jądrowy płomień przenosi się do otaczającej go cienkiej warstwy. Na tym etapie ewolucji gwiazda pęcznieje i staje się czerwonym olbrzymem. W coraz gorętszym rdzeniu zapala się hel (z którego powstaje węgiel). Gdy go tam zabraknie, reakcje spalania helu przenoszą się do cienkiej warstwy leżącej bezpośrednio pod warstwą spalania wodoru. Gwiazda traci stabilność i wpada w drgania. Jej rozchwiane i rozdymane ciśnieniem promieniowania warstwy zewnętrzne odpływają w przestrzeń międzygwiazdową, gdzie powstaje z nich mgławica planetarna.